Franciszek Ksawery SJ - za głosem serca

Franciszek Ksawery SJ - za głosem serca

k

javierPoryw serca, pragnienie dobra, chęć bycia lepszym niż przeciętność, narażone są na liczne przeszkody, w nas samych i ze strony innych ludzi. Tym niemniej, do tego, aby zrealizowały się. w naszym życiu potrzeba decyzji, decyzji podjętej czasami jak skok w nieznane, jak wyzwanie rzucone własnej słabości czy lękowi, wyzwanie rzucone wszystkiemu, co hamuje hojność naszego serca. Nie dokonuje się to zwykle w następstwie dramatycznych wydarzeń. O wiele częściej są to «przypadkowe» zbiegi okoliczności (na przykładzie św. Franciszka Ksawerego), podejmowane z pełnym zaangażowaniem i z wiarą, że wszystko, co nam się w życiu przydarza jest powiązane z tą Miłością, która objawiła się dla nas na krzyżu.

Franciszek Ksawery SJ - za głosem serca

Nieoczekiwana misja

Gdy Jan III, król Portugalii, dowiedział się o istnieniu grupy «pewnych księży, odznaczających się. wysokim wykształceniem i cnotliwym życiem», postanowił umożliwić im działalność apostolską na podległych sobie terytoriach. Zdecydowany był nawet prosić Papieża o pozwolenie na ich wyjazd, jako, że Jemu oddali oni swoje usługi. Ostatecznie postanowiono wysłać do Indii dwóch jezuitów, Mikołaja Bobadillę i Szymona Rodrigueza. Rodriguez, mimo przebytej choroby, 5 marca 1540 r. wyruszył do Lizbony. W tym samym czasie Bobadilla tak bardzo się rozchorował, że nie było nadziei na jego szybki powrót do zdrowia. Ponieważ ambasador portugalski nie mógł czekać na niego, Ignacy był zmuszony do zastąpienia go kimś innym. Prawie wszyscy z tych, którzy składali śluby na Montmart byli w jakichś misjach z polecenia Ojca Świętego. Na miejscu był tylko chorowity Franciszek Ksawery, o którym jeszcze niedawno myślano, że był u kresu życia. «Ambasador odjeżdżał 15 marca. Aż do 14 marca Ignacy zwlekał z decyzją, która miała się okazać brzemienną w skutki. Franciszku, powiedział, ty wiesz, że na rozkaz Jego Świątobliwości dwaj spośród nas mają udać się do Indii i że wybraliśmy Bobadillę jako jednego z dwóch. Teraz on nie może jechać z powodu choroby, ambasador zaś nie może czekać na jego wyzdrowienie. To jest teraz Twoje zadanie”. Tak odbyła się pozbawiona wszelkiej emocji scena, obrazek w stylu iście baskijskim, naszkicowany serdeczną krwią dwóch przyjaciół, którzy nazajutrz mieli rozstać się na zawsze». Tak się w istocie stało.

Warto dodać przy tym, że drugi z jezuitów, przeznaczony do misji indyjskiej, Szymon Rodriguez, nigdy tam nie wyjechał. Nie sposób zatem oprzeć się zdumieniu nad faktem, że wydarzenie o tak wielkim znaczeniu dla późniejszych dziejów chrześcijaństwa na całym świecie, niebywały dowód hartu ludzkiego ducha i jego zdolności, miało tak niepozorny i zdawałoby się. «przypadkowy» początek: chorobę jednego i pośpiech drugiego człowieka. A jednak...

Życie św. Franciszka Ksawerego

 

javier

W Wielki Wtorek, 7 kwietnia 1506 r., w średniowiecznej twierdzy Xavier (w języku Basków słowo to oznacza Nowy Dom) przyszedł na świat najmłodszy syn Juana de Jassu, Franciszek. Zamek, w którym się urodził był ponurą twierdzą, leżącą nad wartką rzeczką, zwaną Aragon, a jego rodzina nie należała do potężnych rodów hiszpańskich. Prawdopodobnie wieść o niej zniknęłaby gdzieś w odmętach historii, gdyby nie późniejsze losy Francisca de Jassu y Xavier.

 

Do osiemnastego roku życia wychowywał się w rodzinnym zamku i niewiele wiemy o tych latach. Świadectwa historii przekazują nam tylko wiadomość, że był młodzieńcem bardzo ambitnym. We wrześniu 1525 r. Franciszek wyruszył z domu rodzinnego i już nigdy doń nie powrócił. Udał się do Paryża, wiedząc że nauka na Sorbonie da mu większe szansę na życiową karierę niż studia na jakimkolwiek uniwersytecie w Hiszpanii.

W Paryżu spędził 11 lat. Tam poznał m.in. Iñigo (św. Ignacego Loyolę) i bł. Piotra Favere.

Wraz z grupą 9 przyjaciół w Panu» (tak nazywali się pierwsi jezuici) złożył 15 sierpnia 1534 r. śluby na Montmartre (ślubowali tam podjecie życia w ubóstwie i czystości oraz że pojadą do Ziemi Świętej).W listopadzie 1536 r. udał się do Wenecji, gdzie 24 czerwca 1537 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Nie mogąc wyjechać do Ziemi Świętej z powodu wojny, Franciszek i przyszli jezuici udali się do Rzymu o oddali się do dyspozycji Papieżowi.

«Opatrznościowy przypadek» sprawił, że w miejsce chorego współbrata (choć wtedy Zakon Jezuitów, do którego Ksawery przynależał, nie był jeszcze oficjalnie zatwierdzony) został przeznaczony do wyjazdu na misje do dalekich Indii. Franciszek opuścił Rzym 15 marca 1540 r. i udał się do Portugalii. 7 kwietnia 1541 r. wypłynął z Lizbony do Goa w zachodnich Indiach, by nigdy już nie powrócić do Europy.

W XVI w. Podróż do Indii była nie lada wyczynem. Wielu nigdy nie osiągnęło jej celu. Przeprawa do Goa zabrała Franciszkowi cały rok i 29 dni. Po przybyciu do Indii poświęcił się najpierw pracy wśród przebywających tam Portugalczyków, a następnie udał się na południe Indii, na tzw. Wybrzeże Rybackie, gdzie pozyskał wielu chrześcijan.

W 1545 r. udał się dalej na wschód, do Malakki (dzisiaj w Malezji), a w roku następnym na Moluki i sąsiednie wyspy (obecnie w granicach Indonezji). W 1548 r. wraca do Goa. W czasie swej podróży zetknął się z Andżiro, zbiegiem z Japonii, i postanowił odbyć wyprawę do Kraju Wschodzącego Słońca. Andżiro nawrócił się, przyjął imię Paweł i był potem jego przewodnikiem i towarzyszem. Franciszek dotarł do Japonii 15 sierpnia 1549 roku. Miał nawet zamiar udać się przed oblicze cesarza, ale go nie dopuszczono, bo nie miał dla niego podarków... W listopadzie 1551 r. Ksawery wyrusza w drogę powrotną do Indii. Do Goa przybywa w lutym następnego roku.

W czasie owych podróży naocznie przekonał się o wielkim kulturowym wpływie Chin na Japonię i wszystkie kraje Dalekiego Wschodu. Dlatego też rodzi się w nim myśl o wyprawie do tego kraju. Chiny, jednak, były zamknięte dla cudzoziemców. Mimo sprzeciwów i trudności udało mu się dotrzeć do małej wysepki Sancjan pod Kantonem, skąd zamierzał się przeprawić na kontynent. Opuszczony przez prawie wszystkich rozchorował się śmiertelnie i zmarł 3 grudnia 1552 r., mając zaledwie 46 lat. Po roku przewieziono jego ciało do Goa, gdzie znajduje się do dziś, cudownie zachowane od zepsucia.

Paweł V ogłosił go błogosławionym w 1619 r., a Grzegorz XV kanonizował go w 1622 roku. W 1748 r. Benedykt XIV ogłosił go patronem misji w Indiach, a Pius XI w 1927 patronem wszystkich misji katolickich na całym świecie.

Św. Franciszek rozpoczął nowożytną historię wypraw misyjnych, które swoim zapałem przypominały czasy pierwszych chrześcijan i wyprawy św. Pawła, zaś swoim zasięgiem wprawiają w zdumienie nawet nas, żyjących u schyłku XX w. Jego listy pisane do Europy, wznieciły ducha misyjnego na całym Starym Kontynencie, otworzyły przed Europejczykami nowe horyzonty, pozwoliły «zetknąć się» z nowymi ludami i kulturami i po dziś dzień stanowią wspaniały przykład, ile może zdziałać człowiek, który całym sercem przylgnie do Boga i swe życie poświęci na służbę dla Niego.

Świadectwo poprzez korespondencję

 

javier2

«Mnóstwo ludzi w tych stronach nie zostaje chrześcijanami tylko dlatego, że nie ma nikogo przysposobionego do świętego obowiązku nauczania ich. Często miałem ochotę znaleźć się. na uniwersytetach Europy, a szczególnie w Paryżu, i głośno jak szaleniec wołać do tych, którzy mają więcej wiedzy niż dobrej woli, ku jej pożytecznemu zastosowaniu, by wiedzieli, jak wielka liczba dusz traci niebo i idzie do piekła z powodu ich niedbalstwa!

 

I gdybyż oni, tak zatroskani o naukę, literatury, w ten sam sposób zechcieli zdać sobie sprawę, z tego, jakiego rachunku zażąda od nich Bóg, nasz Pan, z wiedzy i danych im talentów, to wielu z nich, poruszonych tą myślą, poczułoby potrzebę, odprawienia Ćwiczeń Duchownych, by wewnątrz swej duszy poznać i odczuć wole. Bożą i by, dostosowując się. bardziej do niej niż do własnych żądz, powiedzieć: O Panie! Oto jestem! Co chcesz, abym uczynił? Poślij mnie, dokąd chcesz, nawet do Indii. O ileż więcej spokoju zaznaliby w życiu i ileż więcej mieliby nadziei na miłosierdzie Boże w chwili skonania, gdyby mogli powiedzieć na Boskim sądzie, któremu musi podlegać każdy zrodzony człowiek: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem! (Mt 25,20)» (fragment listu św. Franciszka z 15 stycznia 1544 r.).

Słowa te, mimo wieków, jakie dzielą od ich napisania, i dzisiaj są pełnym mocy wezwaniem do wykorzystania danych nam talentów i pójścia za głosem wzywającego Boga. Kto bowiem czytając je, nie odczuwa mocniejszego bicia serca, które jest znakiem że i nam nie brakuje wielkich pragnień, oraz że chcielibyśmy mieć odwagę realizowania ich w codzienności? Tym bardziej może się okazać przydatne dla nas świadectwo tych, którzy ten «skok w nieznane» wykonali i zrealizowali do końca początkowy dobry zamiar.

«Zwrócić uwagę na to, jak Bóg mieszka w stworzeniach: w żywiołach, dając im istnienie; w roślinach, dając im życie i wzrost; w zwierzętach, dając im czucie; w ludziach, darząc ich zrozumieniem. I we mnie także mieszka, dając mi być, żyć, czuć i darząc mnie rozumem. A nadto uczynił mnie [swoją] świątynią, bom stworzony jest na podobieństwo i obraz Jego Boskiego Majestatu. A potem wejść w siebie samego rozważając, co ja z wielką słusznością i sprawiedliwością powinienem ze swej strony ofiarować Bogu.» (por. Ćwiczenia Duchowe 234-235).

Kto słucha swego serca, znajdzie drogę do dobra

Poryw serca, pragnienie dobra, chęć bycia lepszym niż przeciętność, narażone są na liczne przeszkody, w nas samych i ze strony innych ludzi. Tym niemniej, do tego, aby zrealizowały się. w naszym życiu potrzeba decyzji, decyzji podjętej czasami jak skok w nieznane, jak wyzwanie rzucone własnej słabości czy lękowi, wyzwanie rzucone wszystkiemu, co hamuje hojność naszego serca. Nie dokonuje się to zwykle w następstwie dramatycznych wydarzeń. O wiele częściej są to «przypadkowe» zbiegi okoliczności (na przykładzie św. Franciszka Ksawerego), podejmowane z pełnym zaangażowaniem i z wiarą, że wszystko, co nam się w życiu przydarza jest powiązane z tą Miłością, która objawiła się dla nas na krzyżu. Do tego nie trzeba wcale jechać na misje. Wystarczy po prostu żyć na co dzień, tam gdzie akurat «los» nas rzucił. Ileż spraw wielkich «przecieka» nam przez palce, bo nie mamy odwagi zaangażować w nie naszego serca, albo nie umiemy zgodzić się na ich początkową «małość». Chciałoby się powiedzieć: «odwagi, nie bójcie się!». Kto słucha swego serca, znajdzie drogę do dobra.